Z ławy obrońcy i kibica (55) Zmarł Olek Radłowski

Kołobrzeżanin, kapitan żeglugi wielkiej, pisarz marynista, wspaniały kolega.

 

Aleksander Radłowski urodził się 11 kwietnia 1954 roku w Kołobrzegu, gdzie spędził dzieciństwo i lata szkolne. Ukończył Technikum Rybołówstwa Morskiego w Kołobrzegu oraz Wydział Nawigacyjny Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni. Od 1974 roku zawodowo związany był z morzem. Pływał w PŻB. Przeszedł wszystkie szczeble kariery marynarskiej, a od 1993 roku, po uzyskaniu dyplomu kapitana żeglugi wielkiej pływał jako kapitan na statkach we flocie handlowej. Od „zawsze” związany z literaturą. Pochodził z rodziny o korzeniach literackich – brat dziadka ze strony mamy, Ferdynand Kuraś (1871-1929) to znany poeta ludowy z Wielowsi, zwany Lirnikiem sandomierskim. Olek był autorem znakomitej powieści „Tango z Harpią. W krainie wielkich oczu”. Oddał w niej fascynację morzem i umiłowanie wykonywanego zawodu marynarza. Kilka krótkich cytatów z tej książki:

„Statek coraz częściej dziobem z prawej burty nabierał falę. Przez uchylone drzwi lewego skrzydła słychać wyraźny świst wiatru, jeszcze nie skowyt, ale tylko kwestią czasu było pojawienie się tej orkiestry lęku, wiatru i zimna. Beznamiętny dotychczas ekran radaru raptem drgnął, ślad anteny przesunął się o kilka stopni i zastygł w bezruchu”.

„Po minięciu pasa mielizny, statek powoli zaczął robić zwrot w lewo poprawiając kurs o czterdzieści pięć stopni, trzymając światła wejściowe do portu po lewej burcie od dziobu. Ustały uderzenia fali, zaczęła się natomiast karuzela wariatów. Czego to taki mały statek nie potrafi dokonać w ciężkim sztormie przy bocznej fali! Żaden opis nie jest w stanie tego oddać.

Za to zyskiem niewątpliwym jest zrozumienie teorii wykładanej w szkole o sześciu stopniach bezwładności statku. Stojąc jedną nogą na podłodze mostku, a drugą na szocie (ścianie), można śmiało stwierdzić, że tych stopni bezwładności jest znacznie więcej.

Ale „Sarah”, wciąż nie bacząc na góry wody podnosiła się by za chwilę – niczym rażona piorunem – powalić się na drugą burtę. Wyglądało to na atak choroby świętego Wita. Załoga, biorąca udział w tym swoistym tańcu wariatów, zachowywał się i wyglądała dokładnie tak samo, jak pełniąca rolę wodzireja, panna „Sarah””.

„Do prawej główki niebezpiecznie blisko, może dwadzieścia metrów. Pół naprzód. Ster lewo dwadzieścia stopni. Reaguje. Idzie w lewo. Teraz cała naprzód, ster zero. Znowu powoli i ciężko chodzi ster. Nie szkodzi! Już w porcie. Lejba ustała.

Stop maszyna, wolno wstecz, pół wstecz, cała wstecz. Dziób powoli idzie w prawo. Jest dobrze. UKF coś tam brzęczy. Pilotówka podchodzi do burty, pilot krzyczy, ale nic nie można zrozumieć.

Za chwilę jest już na mostku.

August zwyczajowo podał mu rękę. Zamiast nazwiska słyszy:

- Super!!! I dalej – wiesz jaki jest wiatr?

- Jakieś osiem do dziewięciu Beauforta.

- Kapitanie ! Jest ponad dwanaście! Mamy huragan! Witam w Peterhead!”

„Zgodnie z dobrą praktyką morską, na bulaje założono metalowe pokrywy zwane blindklapami i jak zawsze w takich przypadkach zamocowano wszystko co ruchome w nadbudówce.

Chwiejba stawała się coraz bardziej uciążliwa, a wiatr kręcił ku południowo-zachodniemu. Życie na statku toczyło się utartym trybem. Wachty zmieniały się, kucharz gotował, a załoga z braku możliwości pracy na otwartym pokładzie, w ramach zajęć gospodarczych sprzątała wewnątrz nadbudówki.”

„Do Staad pozostało piętnaście mil morskich. Prędkość spadła jednak do trzech węzłów, a to oznaczało co najmniej pięć godzin drogi.

Jak na obrazach Ajwazowskiego, kolejny grzywacz załamał się nad pokładem i setki ton wody, tylko nadbudówkę statku pozostawiły widoczną dla ewentualnego postronnego obserwatora.

Dysząc z olbrzymiego wysiłki „Frans” metr po metrze wychylał się z morskich odmętów, trzęsąc się, jakby chciał zrzucić z siebie niechcianego przybysza z rejonów dalekiej Islandii. Powiększając się wysokość fal powodowała, że statek raz wspinał się mozolnie po dziesięciometrowym zboczu, by następnie z furią zwalać się w dół po drugiej stronie piekła. Do całej tej wisielczej muzyki sztormowej pogody dochodziły jeszcze jęki i zawodzenia silnika, hamowanego przez regulator obrotów, gdy śruba wychodziła z wody i wchodzącego w dudnienie, gdy statek wspinała się na kolejny wodny szczyt.”

 

„Teraz każda fala plotła swój warkocz i każda z dziką furią gnała na spotkanie „Fransa”. Ten, wręcz tłamszony przez morskie góry, jak gdyby zamknął się w sobie, zwarł się w swojej konstrukcji i tylko czujny na działanie steru i maszyny, wysiłkiem niemożliwym wręcz do wyobrażenia pokonywał kolejne ataki morskiej furii.

Uderzał czasami dziobem wyostrzonym do fali i wtedy wstrząsały nim drgawki niczym ostatnie konwulsje w przedśmiertnym stężeniu.

Po przekroczeniu przez wiatr siły dziesięciu stopni skali Beauforta, zniknęła wszelka regularność fal. Ich wielkości, masa i siła uderzeń, a co najgorsze, również kierunek, stawały się niemożliwe do określenia. Zdawać się mogło, że wiatr wieje zewsząd. Żegluga zamieniła się w walkę o przetrwanie.”

„W ciągu doby zdryfowali pięć mil ku brzegom Norwegii.

Fala wciąż wysoka na dziesięć metrów, pozbawiona jednak niszczycielskiej siły grzywaczy, pozwalała na powolną, lecz skuteczną żeglugę. Około południa przejaśniało i na wschodzie pojawiły się dalekie szczyty Gór Skandynawskich. Na południowym wschodzie majaczyć zaczął długo oczekiwany przylądek Staad.”

Powieść w ciekowy sposób przedstawia relacje międzyludzkie w zamkniętym pudle statku i z życzliwością i z wielkim znawstwem opowiada o marynarskiej braci. W powieści są również wątki bardziej osobiste. Mnie szczególnie zainteresowały opisy funkcjonowania naszych sądów rodzinnych i pozycji ojca.

Olek zmarł 24 kwietnia po długiej i ciężkiej chorobie. Pogrzeb odbędzie się w małej wiosce niedaleko Kalisza, gdzie w ostatnich latach po różnych zawirowaniach znalazł swoją spokojną przystań. Cenię jego pisarstwo, ale będzie mi brakowało długich rozmów, jakie prowadziliśmy na wszystkie możliwe tematy. Szczególnie imponował mi trzeźwym osądem i patriotyczną postawą w wymiarze ogólnopolskim jak i tym lokalnym. Pomimo, że ostatnio rzadko przyjeżdżał do Kołobrzegu, to interesował się wszystkimi bieżącymi sprawami miasta, w którym ma liczną rodzinę. Żegnam prawego dobrego człowieka obdarzonego różnymi talentami. Odpoczywaj w pokoju.

 

Edward Stępień

 

Napisane przez:

Zostaw komentarz

Musisz być zalogowany aby komentować.