8 października 2024 r. mija 45 lat mojej pracy zawodowej jako prokuratora, radcy prawnego i adwokata. Prawie pod każdym moim felietonem lub artykułem jakaś „życzliwa” osoba twierdzi, że jestem prokuratorem stanu wojennego. Z okazji mojego skromnego jubileuszu chciałbym po raz kolejny (wcześniej już o tym wspominałem) przedstawić przebieg mojej pracy w prokuraturze, który jak mi się wydaje, był nietypowy i zdecydowanie odbiegał od standardu.
Zanim zostałem prokuratorem, byłem uczniem Technikum Rybołówstwa Morskiego w Kołobrzegu. W drugiej klasie do internatu przyszedł mecenas Wiesław Uptas i w sposób niezwykle barwny i interesujący opowiadał o zawodzie adwokata. To wtedy po raz pierwszy zakiełkowała we mnie myśl, że być może jest to moja życiowa droga. W trzeciej klasie nieodżałowanej pamięci kapitan ż.w. a równocześnie prawnik Zbigniew Rzeszotarski prowadził przedmiot „Prawo morskie”. Bardzo mi się on spodobał i w piątej klasie TRM-u jako jedyny z abiturientów wybrałem pracę końcową z zakresu prawa morskiego na temat „Awaria wspólna”. Żeby napisać tę pracę musiałem przeczytać górę książek. Mój późniejszy profesor prawa morskiego na UG Stanisław Matysiak, kiedy zobaczył moje opracowanie, to powiedział, że jest to gotowa praca magisterska i wystarczy tylko zmienić stronę tytułową. Miałem poważne wątpliwości czy dostanę się na moje wymarzone studia, bo wówczas nie było uczelni prywatnych, a rekrutację prowadziło jedynie kilka uniwersytetów. W 1974 roku, kiedy zdawałem egzaminy wstępne na Uniwersytecie Gdańskim było sto miejsc, na które kandydowało ponad tysiąc osób. Dziekan na wstępie powiedział, że pewne przyjęcia mogą być jedynie osoby, które na egzaminie osiągną średnią 4,75 (nie było wtedy szóstek). Na egzaminach trzeba było zdawać historię, geografię oraz język obcy. Miałem z tym pewien problem, bo w TRM-ie nauczanie historii było na fatalnie niskim poziomie. Uczyło nas kilka przypadkowych osób z długimi przerwami. Geografii w ogóle nie mieliśmy, o ile nie liczyć czterech lekcji. Wydawało mi się więc, że w porównaniu do absolwentów renomowanych ogólniaków z Trójmiasta nie mam jakichkolwiek szans. Ku mojemu zdziwieniu znalazłem się na krótkiej liście 21 osób, które osiągnęły na egzaminie wstępnym średnią 4,75 i w taki oto sposób stałem się studentem prawa. Studia szły mi nieźle. Z powodu bardzo dobrych ocen profesor Marian Cieślak, znakomity specjalista procedury karnej, zaproponował mi przejście na indywidualny tryb studiów. Z mojego punktu widzenia było to bardzo wygodne, bo mogłem zdawać egzaminy w dowolnie wybranych terminach i nie obowiązywały mnie rygory, jakim podlegali wszyscy studenci. Kiedy studiowałem moi rodzice przeprowadzili się z Białogardu do Płocka, ale po pewnym czasie moja mama ciężko zachorowała. Podjąłem więc decyzję, że po studiach zamieszkam w Płocku i będę sprawował opiekę nad mamą. Najpierw spróbowałem dostać się na aplikację sędziowską, ale w tym czasie był to zawód zarezerwowany dla dzieci dygnitarzy partyjnych. Na przyjęcie na aplikację adwokacką mogły liczyć dzieci adwokatów. Poszedłem więc do prokuratury w Płocku i zapytałem się, czy mnie przyjmą. Ku mojemu zdumieniu nie tylko wyrazili zgodę na przyjęcie, ale zaproponowali mi podpisanie umowy na stypendium fundowane, które miałem pobierać w okresie dwóch lat moich studiów. Warunek był taki, że muszę w prokuraturze przepracować trzy lata. Stypendium wynosiło 1.600 zł miesięcznie, co pozwalało mi opłacać najem pokoju (500 zł), a za resztę żyć w miarę wygodnie. Dostawałem jeszcze 1.600 zł jako stypendium naukowe za dobre wyniki. Często dorabiałem w spółdzielni studenckiej i patrząc z perspektywy tych lat, nigdy w życiu nie miałem tyle pieniędzy co w czasie studiów.
W moim felietonie „Przeżyłem powódź” pisałem o kupieniu domu w Płocku w okresie, kiedy kończyłem studia. Przez kilka miesięcy remontowałem ten dom i dlatego obrona mojej pracy magisterskiej pt. „Liberum veto” przedłużyła się do jesieni i 4 października 1979 roku zostałem magistrem prawa. W 4 dni później, tj. 8 października 1979 roku zgłosiłem się do pracy w Prokuraturze Rejonowej w Płocku. Pierwsze dwa dni mojej pracy były dość niezwykłe, gdyż jako młody aplikant protokołowałem przesłuchania w dwóch nietypowych sprawach. W pierwszej z nich mężczyzna miał romans z kobietą i w trakcie igraszek nadszedł mąż tej kobiety, a oboje kochankowie salwowali się ucieczką przez okno z parterowego domu. Mąż jednakowoż ich zobaczył, a kobieta stwierdziła, że została zniewolona, przy czym bardzo mętnie tłumaczyła, dlaczego uciekała razem ze swoim prześladowcą. Druga sprawa dotyczyła szczęśliwego ojca, któremu urodziły się bliźniaki. Okazja była szczególna, chłop się napił solidnie i po powrocie do domu zaczął dobierać się do swojej teściowej, wówczas kobiety około siedemdziesięcioletniej. O incydencie teściowa zawiadomiła policję, a nieszczęsny ojciec bliźniaków wylądował w areszcie. Po niecałym miesiącu od aresztowania do prokuratury zgłosiła się pokrzywdzona teściowa wraz ze swoją córką i dwojgiem bliźniaków i zaczęły błagać moją patronkę, aby chłopa wypuścić z aresztu, bo na polu są niezebrane ziemniaki i buraki, i nie ma komu w gospodarce robić.
Trzeciego dnia pracy w prokuraturze przyszedł do mnie prokurator Tadeusz z Prokuratury Okręgowej w Płocku (znajdowała się ona na tym samym korytarzu co Prokuratura Rejonowa), położył przede mną plik formularzy i nakazał mi, żebym jeszcze tego samego dnia przyniósł do niego wypełnione. Dowiedziałem się, że pan Prokurator Tadeusz to Sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej PZPR w prokuraturze, a formularze dotyczą wstąpienia do PZPR-u. Miałem już wówczas ugruntowane przekonania i nawet sobie nie wyobrażałem, że mogę przystać do PZPR, który to skrót w późniejszym czasie rozszyfrował Leszek Moczulski jako Płatnych Zdrajców Pachołków Rosji. Postanowiłem zagrać na przeczekanie, ale po kilku dniach towarzysz Tadeusz zaczął mnie naciskać, abym wypełnił wniosek o przystąpienie do PZPR. Tłumaczyłem się dość mętnie, że jestem jeszcze bardzo młody i nie mam wykrystalizowanych przekonań, a ponadto chwyciłem się argumentu, że mój ojciec był rolnikiem i raczej bliżej jest mi do Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Dopiero w pierwszych dniach mojej pracy w prokuraturze dowiedziałem się, że w instytucji tej w sposób nieformalny przestrzegana jest zasada stuprocentowego upartyjnienia, tj. że wszyscy prokuratorzy muszą należeć do PZPR-u. Gdybym nie miał podpisanej umowy o stypendium fundowane, które gwarantowało mi trzyletnią pracę w prokuraturze, to zapewne po odmowie wstąpienia do PZPR-u wywaliliby mnie z roboty na zbity pysk, jednakże umowa wiązała obie strony, a tym samym musieli tolerować moją bezpartyjność.
W styczniu 1981 roku, w karnawale Solidarności, tak jak wielu absolwentów wyższych uczelni, trafiłem na rok do Szkoły Podchorążych Rezerwy i tam zastał mnie stan wojenny. Wcześniej pomyślnie zdałem egzamin kończący aplikację i uzyskałem nominację na asesora. Ponieważ mój dom w Płocku w wyniku powodzi przestał istnieć, we wrześniu 1982 roku powróciłem do Kołobrzegu, gdyż w tutejszej prokuraturze były dwa wolne etaty i z otwartymi rękoma przyjęto młodego asesora. Po kilku tygodniach mój szef prokurator Stefan Gnat wszedł do mojego gabinetu i zaprosił mnie na zebranie POP PZPR. Szczęka mu opadła ze zdumienia, kiedy usłyszał, że nie jestem członkiem tej organizacji, gdyż w jego mniemaniu wszyscy prokuratorzy mieli obowiązek należeć do tej partii. W tym czasie w prokuraturze w Kołobrzegu było czterech prokuratorów i skoro jeden nie należał do PZPR-u, to upartyjnienie gwałtownie spadło o 25%, co Stefan Gnat uznawał za swoją osobistą klęskę. Przez wiele miesięcy różnymi metodami próbował mnie przekonać, abym zasilił szeregi przewodniej siły klasy robotniczej. Kiedy mu się to nie udało, postanowił się mnie pozbyć nasyłając ustawiczne kontrole. Co jakiś czas odbywały się takie kontrole, ale dotyczyły one losowo wybranych spraw, natomiast w moim przypadku kontrolowano sto procent moich decyzji, starając się złapać mnie na jakichś uchybieniach w pracy prokuratorskiej. Prawdopodobnie szukano pretekstu, aby pozbyć się mnie z prokuratury. Kiedy wiele kontroli nic nie wykazało, zarzucono mi, że piszę zbyt dużo pozwów adhezyjnych (powództwo, które wytacza prokurator w interesie pokrzywdzonego przeciwko sprawcy przestępstwa). Postawiono mi zarzut, że na 15 pozwów adhezyjnych w jednym kwartale w całej prokuraturze w Kołobrzegu ja napisałem aż 13. Bodajże miesiąc później w Prokuraturze Wojewódzkiej w Koszalinie odbyła się narada prokuratorów, w czasie której Prokurator Wojewódzki Chmura pieklił się, że prokuratorzy z nieznanych mu powodów nie chcą pisać pozwów adhezyjnych. Kiedy zapytał się dlaczego tak się dzieje, to powiedziałem, że dlatego, iż prowadzący kontrole postawili mi zarzut zbyt częstego pisania takich pozwów. Formalnie nie stawiano mi żadnych zarzutów, ale każdego kwartału przyznawano wszystkim pracownikom, w tym również sekretarkom, a nawet sprzątaczkom, premie kwartalne i dziwnym trafem wszyscy je otrzymywali za moim wyjątkiem. Moja bezpartyjność powodowała, że byłem traktowany w sposób podejrzliwy i niechętny. Domyślałem się, że niektóre sprawy są przede mną utajniane i nie mam do nich jakiegokolwiek dostępu. W tym czasie Kołobrzeg był podzielony na dwie części, a ja miałem przydzielone wszystkie sprawy, które wydarzyły się mojej części. Kierowniczka sekretariatu przekazywała mi do załatwienia wszystko co się zdarzyło w moim rejonie. Kiedyś do mojego gabinetu wpadł jak wicher Stefan Gnat i zaczął grzebać w teczkach, które leżały na moim biurku, Wyłowił jedną z nich, do której jeszcze nie zajrzałem i zabrał ze sobą. Opowiedziałem kierowniczce sekretariatu, co się wydarzyło i zapytałem dlaczego szef zabrał mi jedna sprawę, chociaż zazwyczaj było odwrotnie i dokładał mi sprawy nawet spoza mojego rejonu. Kierowniczka ściszyła głos i powiedziała, że jest to sprawa polityczna, a ja nie mam prawa mieć do niej jakiegokolwiek wglądu, a tym bardziej ją prowadzić. Wiele lat później, prowadząc badania naukowe stwierdziłem, że w czasie, kiedy pracowałem w prokuraturze, było w Kołobrzegu 21 spraw politycznych, przy czym o żadnej z nich nie miałem jakiejkolwiek wiedzy, gdyż szefostwo w sposób nieformalny zabroniło mi dostępu do tych spraw. W Kołobrzegu sprawy polityczne prowadzili dwaj prokuratorzy, którzy cieszyli się zaufaniem partii i dawali gwarancję „prawidłowego” prowadzenia takich spraw. W czasie transformacji w 1989 roku jeden z tych prokuratorów został zwolniony i przeszedł na emeryturę. Drugi natomiast awansował do prokuratury okręgowej, a następnie do sądu okręgowego i został sędzią, a później nawet przewodniczącym wydziału. Najbardziej zajadłym prokuratorem wojskowym Wojskowej Prokuratury Garnizonowej w Koszalinie, który prowadził najwięcej spraw politycznych był Janusz Rychlicki, który w latach 90. został szefem Prokuratury Okręgowej w Koszalinie. Wojewodą wówczas była znana opozycjonistka z Białogardu Anna Sztark, która znała „dokonania” Janusza Rychlickiego. Chciała ona odwołania Rychlickiego, ale podobno decyzje zapadały wówczas znacznie wyżej. Taka to była transformacja i rozliczenie z prokuratorami stanu wojennego.
Pracę w prokuraturze zakończyłem 30 maja 1986 roku, gdyż z tym dniem uzyskałem uprawnienia, aby zostać adwokatem czy tez radcą prawnym. W czasie mojej siedmioletniej pracy w prokuraturze nie prowadziłem żadnej sprawy politycznej, a zajmowałem się wyłącznie sprawami kryminalnymi i moja praca niczym nie różniła się od pracy obecnych prokuratorów. Porównywanie mnie do byłego prokuratora Piotrowskiego świadczy o całkowitej nieznajomości tematu. Kiedy pan Piotrowski był prokuratorem, to nie tylko należał do PZPR-u, ale był Sekretarzem Podstawowej Organizacji Partyjnej w prokuraturze, a więc był w pierwszym szeregu walki ideologicznej i faktycznie prowadził sprawy o charakterze politycznym. Z ludźmi pokroju pana Piotrowskiego nigdy się nie identyfikowałem i są to dla mnie postacie obrzydliwe, a forsowanie takich osób jest dla mnie całkowicie niezrozumiałe. Mogę dodać, że nigdy nie należałem i nie należę do żadnej partii politycznej i identyfikowanie mnie z PiS-em jest strzałem kulą w płot. PiS jest partią z gruntu socjalistyczną, a ja socjalizmu po prostu nie lubię. Mam poglądy patriotyczne i od wielu lat prowadzę różne działania, które mają ten patriotyzm w społeczeństwie ugruntować i rozwijać.
W 1986 roku zostałem przyjęty do korporacji radców prawnych, a rok później wpisany na listę adwokatów. Od 30 lat jestem wyłącznie adwokatem, ale moje doświadczenia z pracy w prokuraturze oraz obsługa podmiotów gospodarczych bardzo mi się przydają w bieżącej pracy. Po 45 latach mogę podsumować, że bardzo lubię swoją pracę, sprawia mi ona wiele satysfakcji i cieszy mnie, gdy mogę niektórym ludziom pomóc.
Adwokat Edward Stępień

Zostaw komentarz
Musisz być zalogowany aby komentować.