Zdzisław Borowik – człowiek orkiestra

Zdzisław Borowik

- rocznik 1937,

- wzrost 181 cm,

- pozycja środkowy,

- kluby: Sparta Złotów (1956-60), Kotwica Kołobrzeg (1960-1971),

 

 

[Edward Stępień]Jaka była Pana droga do Kołobrzegu?

[Zdzisław Borowik]Urodziłem się w Skarszewach na Kaszubach, gdyż ojciec pracował w straży granicznej, a tam wtedy przebiegała nasza granica. W czasie wojny mieszkaliśmy w Zawierciu, a po wojnie przenieśliśmy się do Złotowa, gdzie chodziłem do szkoły podstawowej, a później do liceum ogólnokształcącego. W czasie nauki uprawiałem różne sporty w tym również koszykówkę. W 1956 r. poszedłem na studia do Wyższej Szkoły Wychowania Fizycznego w Poznaniu, którą skończyłem w 1960 r. W czasie studiów grałem jako zawodnik w Sparcie Złotów, dojeżdżając na mecze. Po studiach przyjechałem do Kołobrzegu i podjąłem pracę jako nauczyciel w-fu  w Zasadniczej Szkole Zawodowej przy ul. Piastowskiej. Na początku mojej pracy zgłosił się do mnie Henryk Krupiak i poprosił, abym załatwił mu salę gimnastyczną w szkole na treningi koszykarskie, przy czym miał być to wynajem bez żadnych opłat. Poprosiłem dyrektora, który się zgodził. Na jednym z pierwszych treningów zapytałem Heńka, czy mogę z nimi potrenować, a po kilku dniach usłyszałem, że nadaję się do drużyny i takiego właśnie gracza szukali. Tak zaczęła się moja przygoda z kołobrzeską koszykówką, która trwała nieprzerwanie 13 lat. Na przełomie 1960 i 1961 r. Heniek Krupiak zrezygnował z trenowania drużyny, w której grał i zaproponował mi prowadzenie zajęć. Grałem, prowadziłem treningi, a równocześnie wykonywałem wszelkie prace organizacyjne.

 

Był Pan człowiekiem orkiestrą, proszę więc powiedzieć jakie otrzymywał Pan wynagrodzenie, o ile nie jest to tajemnicą.

Za trenowanie drużyny płacono mi nieregularnie 500-600 zł i na ówczesne czasy była to bardzo skromna kwota, przy czym nie otrzymywałem jej każdego miesiąca, ale były to wypłaty sporadyczne. Jako zawodnik dostawałem 37 zł diety za wyjazd. Funkcję kierownika drużyny pełniłem całkowicie społecznie. Nikt nie wiedział ile klub ma pieniędzy. Staraliśmy się wszystko organizować bez ponoszenia kosztów. Heniek Krupiak miał znajomości w „Barce”, która sponsorowała nas w ten sposób, że nieraz na wyjazdy pożyczali nam ciężarówkę pod plandeką. Były to samochody do przewożenia ryby, cuchnęło więc potwornie, ale jakoś trzeba było wytrzymać. Nie zawsze mieliśmy takie samochody i trzeba było szukać innych sposobów dojazdu na mecz. W pamięci utkwił mi wyjazd do Złotowa na mecz ze Spartą. Zawodnicy zrobili składkę, ale pieniędzy starczyło tylko na jedną taksówkę, która mogła zabrać pięciu zawodników. Kiedy przyjechaliśmy do Złotowa, zgłosiłem do protokołu dziesięciu zawodników informując naszych przeciwników, że druga taksówka jest w drodze i lada chwila dojadą. Przez cały mecz byli przekonani, że jest to prawda. Wytrzymaliśmy kondycyjnie całe spotkanie, a nawet wygraliśmy i pamiętam, że w tym meczu bardzo dobrze szło Romanowi Kałahurskiemu, który rzucił 22 pkt.

 

Pamiętam, że w latach 60.tych obowiązywały zupełnie inne reguły gry w koszykówkę. Proszę powiedzieć z jakiego powodu wyniki były niskie, a drużyny w całym meczu uzyskiwały 30-40 punktów.

Czas gry był taki sam, gdyż wynosił 40 min, ale mecz podzielony był na dwie połowy po 20 min, a nie jak obecnie na cztery kwarty po 10 min. Istotną różnicą był brak przepisów ograniczający czas rozgrywania akcji do 24 sekund i obowiązek przeprowadzenia piłki przez linię środkową w ciągu 8 sekund. W latach 60.tych można było piłkę rozgrywać tak długo jak się chciało i faktycznie jedna akcja mogła trwać nawet kilka minut. Powodowało to, że gra była wolniejsza, a drużyny uzyskiwały 2, czy 3 razy mniej punktów niż obecnie. Wprowadzenie limitów czasu akcji spowodowało zwiększenie atrakcyjności koszykówki. Istotną różnicą były piłki. Początkowo wykonane były ze skóry, do której wkładano gumowy pęcherz, który nadmuchiwano, zawiązywano, a następnie zaszywano otwór sznurkiem. W trakcie rzutu palce należało opierać o to wiązanie i wtedy był on bardziej celny. Piłki te były cięższe od obecnie stosowanych z tworzywa sztucznego. Później nastąpił postęp, nadal były piłki skórzane, ale pęcherza nie wyjmowało się, tylko był wentyl podobny do stosowanego obecnie w piłkach.

 

Jakie były początki Pana występów w „Kotwicy” Kołobrzeg? Jacy zawodnicy stanowili trzon drużyny?

Kiedy zaczynałem, to w skład drużyny wchodził Heniek Krupiak, Andrzej Soszyński, Stefan Ruszkowski, Roman Kałahurski, Heniek Ogiński, Edward Złotek, Bolesław Pawłowski, Zdzisław Bojar, Robert Sać oraz oczywiście ja. Początkowo treningi był 2 razy w tygodniu, a później zwiększyliśmy do trzech w tygodniu. Do 1964 r. treningi prowadziliśmy w sali gimnastycznej ZSZ przy ul. Piastowskiej, a mecze rozgrywaliśmy w sali obecnego Zespołu Szkół Ekonomicznych przy ul. Łopuskiego. Później również trenowaliśmy w „Ekonomie”. W drugiej połowie lat 60.tych do drużyny doszli Janusz Bernat, Andrzej Wysocki i trzech studentów studium nauczycielskiego: Lesiuk, Janusz Płaczek i Kaniewski. Byli też inni, ale niestety nazwisk ich już nie pamiętam. Byłem cały czas grającym trenerem i to ja decydowałem o zmianach i ustalałem taktykę. Byliśmy zgraną grupą przyjaciół, którzy grali dla satysfakcji i przyjemności. W drużynie dobrze się czułem i rzucałem dużo punktów zazwyczaj będąc liderem. W jednym z sezonów zająłem drugie miejsce w lidze. Nie mogę powiedzieć żebym w każdym meczu był liderem pod względem ilości punktów, gdyż bardzo dobrze rzucał Złotek, Krupiak, Ruszkowski, Ogiński, Lesiuk, Kałahurski i nieraz to oni dawali drużynie najwięcej punktów. Przyjaźnie z parkietu przetrwały i 5 lat temu spotkaliśmy się, aby powspominać. Atmosfera była tak samo dobra, jak w czasach naszej młodości. Obowiązki trenera i zawodnika wykonywałem do 1971 r., ale tej daty nie jestem pewien. Później przez 2 sezony prowadziłem treningi „Kotwicy” wyłącznie jako trener i współpracę tę zakończyłem w 1973 r. Po mnie obowiązki trenera przejął Antoni Błaszczyk, który wcześniej grał w „Kotwicy”.

 

Proszę o przybliżenie dalszych Pana losów zawodowych i osobistych.

W 1972 r. zakończyłem pracę jako nauczyciel w-fu w ZSZ przy ul. Piastowskiej i objąłem stanowisko Kierownika Wydziału Wychowania Fizycznego w Studium Nauczycielskim w Kołobrzegu. Równocześnie doktoryzowałem się i w 1974 r. uzyskałem tytuł doktora. Otrzymałem propozycję pracy na wyższej uczelni, ale zrezygnowałem, gdyż wolałem pozostać w Kołobrzegu. W 1978 r. zlikwidowano Studium Nauczycielskie i zostałem Wicedyrektorem Zasadniczej Szkoły Budowlanej dla Pracujących w Kołobrzegu. W 1988 r. przeszedłem na emeryturę.

 

Co uważa Pan za sukces w swoim życiu.

Moim największym sukcesem jest zgodne i szczęśliwe małżeństwo. W tym roku świętowaliśmy naszą 60 rocznicę ślubu. Z małżeństwa tego mamy dwoje wspaniałych dzieci – córkę i syna. Drugim sukcesem było uzyskanie doktoratu. Trzecim była moja praca trenerska. Oprócz koszykarzy trenowałem również juniorów w piłce nożnej w ramach klubu MKS „Sztorm”. W drużynie tej przeważali chłopcy z ZSZ przy ul. Piastowskiej, gdzie prowadziłem lekcje w-fu. W 1967 r. trenowana przeze mnie drużyna szkolna przeszła całe sito eliminacji i dostaliśmy się do ścisłego finału czterech drużyn. Mecze były rozgrywane w Lublinie i wygraliśmy półfinał i finał i zdobyliśmy mistrzostwo Polski szkół średnich. Uważam, że był to największy sukces kołobrzeskiej piłki nożnej. W drużynie tej wyróżniali się Pałka, Oryszewski, Jarmuł oraz Piotr Kopryk i Kazimierz Kopryk. Zdobycie mistrzostwa Polski było sensacją, gdyż za murowanych faworytów uznawano drużyny ze Śląska.

 

Jak się okazuje Lublin to dla kołobrzeskiego sportu dobre miejsce, bo Puchar Polski w koszykówce zdobyliśmy również w Lublinie. Interesuje mnie czy chodzi Pan na mecze koszykówki, oczywiście wyłączając ostatni sezon oraz znane ograniczenia.

Na mecze chodziłem regularnie, szczególnie, gdy w Kołobrzegu była ekstraklasa. W ostatnim czasie zdarza mi się niektóre mecze opuszczać. Za bilety zawsze płaciłem i tak jak Roman Kałahurski uważam, że klub powinien uhonorować zasłużonych zawodników dając im bezpłatne karnety. Oczywiście nie chodzi mi o pieniądze, ale o szacunek dla tradycji i dla dokonań mojego pokolenia dla rozwoju kołobrzeskiej koszykówki. Jesteśmy istotnymi elementami tych dziejów i bez ciągłości historycznej nie byłoby późniejszych osiągnięć.

 

Co należy zrobić, aby „Kotwica” Kołobrzeg znów powróciła do ekstraklasy.

Zdają sobie sprawę, że nie można powrócić do czasów, gdy w drużynie grali wychowankowie. Jestem bardzo zadowolony ze szkolenia drużyn młodzieżowych, gdyż co jakiś czas ujawnia się duży talent w Kołobrzegu. Ostatnio jest to syn byłego zawodnika Fiedosewicza, który uzyskał stypendium sportowe w USA. Śledzę z największą uwagą postępy mojego wnuka Michała Borowika, który gra w młodszych juniorach. Serce mi rośnie, że przejął po mnie miłość do koszykówki i wykazuje spory talent. Oczywiście potrzebujemy sponsora i sporych pieniędzy, jak to się zrealizuje, to na powrót będziemy w ekstraklasie.

 

Dziękuję za bardzo interesującą rozmowę. Jest Pan w bardzo dobrej kondycji i życzę żeby ją Pan zachował przez długie lata. Jestem przekonany, że klub uwzględni postulaty i uroczyście wręczy bezpłatne karnety. Wiem, że sprawa ta była poruszana na ostatnim walnym zebraniu klubu i wszyscy członkowie byli jednomyślni, aby godnie uhonorować zasłużonych dla „Kotwicy” zawodników, trenerów i działaczy. Do zobaczenia na meczu i w czasie obchodów 70 lat kołobrzeskiej koszykówki, które zbliżają się szybkimi krokami.

 

 

Rozmawiał Edward Stępień

Napisane przez:

Zostaw komentarz

Musisz być zalogowany aby komentować.