Jakiś czas temu prowadziłem sprawę na terenie zachodniopomorskiego o odebranie dzieci matce, która była głucha i niema. Szkoła stwierdziła, że jej syn, siedmiolatek, zachowuje się nieprawidłowo wobec kolegów. W jednego rzucił piłką, a drugiego odepchnął. Do szkoły przychodzi nieprzygotowany, bo na przykład nie ma stroju do ćwiczeń, bądź kredek do malowania, a matka nie stawia się na wywiadówki, nie dzwoni do szkoły i nie rozmawia z nauczycielami. Po zawiadomieniu szkoły sąd wydał postanowienie o umieszczeniu dwójki dzieci w rodzinnej pieczy zastępczej. Zgłosiła się do mnie głuchoniema matka oraz jej matka, tj. babcia dzieci, które razem mieszkały. Kobiety były przerażone bezdusznością i bezwzględnością sądu. Napisałem natychmiast zażalenie, a sąd okręgowy zmienił to postanowienie i uznał, że wystarczający jest dozór kuratora, a dzieci powinny pozostać przy rodzinie. O całej sytuacji zawiadomiłem Rzecznika Praw Dziecka uznając, że ewentualne wyrwanie dzieci z rodziny spowoduje ogromną szkodę, przede wszystkim dla dzieci. Opisałem wszystkie okoliczności sprawy, a przede wszystkim zaniedbania szkoły. Rzecznik Praw Dziecka przystąpił do postępowania sądowego i w trakcie posiedzenia głos zabrała pani adwokat, pełnomocnik Rzecznika Praw Dziecka, która oświadczyła, że jej zdaniem dzieci należy natychmiast zabrać z rodziny i umieścić w Domu Dziecka lub innej, podobnej placówce. Byłem tym stanowiskiem nie tyle zdziwiony, co zdruzgotany i uznałem, że dziwne zachowanie przedstawicielki Rzecznika Praw Dziecka jest spowodowane jakąś pomyłką. Na szczęście sąd zachował się rozsądnie i profesjonalnie, i zignorował stanowisko Rzecznika Praw Dziecka, pozostawiając dzieci w rodzinie.
Po pewnym czasie przekonałem się, że pełnomocnik Rzecznika Praw Dziecka wcale się nie pomyliła, bo najwyraźniej Rzecznik Praw Dziecka wyraża przekonanie, że wychowywanie dzieci w rodzinie im szkodzi i należy pod byle pretekstem odbierać dzieci rodzicom. Kilka dni temu została nagłośniona osobista akcja przeprowadzona przez panią Monikę Horną-Cieślak Rzecznika Praw Dziecka, która z powodu kłótni z matką doprowadziła do zabrania jej dzieci pomimo, iż policja, kurator i sąd nie widzieli żadnych podstaw do pozbawienia rodziców władzy rodzicielskiej i odebrania im dzieci. Sąd stwierdził, że w sprawie tej zaszła instytucjonalna przemoc wobec dzieci.
Pani Monika Horna-Cieślak zasłynęła pismem do pewnej lodziarni w Pszczynie, w którym wzywała, aby zaniechać akcji rozdawania lodów dzieciom, które zgłoszą się ze świadectwem z czerwonym paskiem. Dla pani rzecznik, podobno praw dziecka, nagradzanie dzieci za dobrą naukę jest niedopuszczalne, gdyż lodów nie otrzymają dzieci, które się gorzej uczą, a tym samym zostaną wykluczone.
Zastanawiam się, czy ja jestem obecnie zdziwiony postawą pani rzecznik rzekomo praw dziecka. Jak to się dzieje, że na takie stanowisko powoływana jest osoba o skrajnie lewicowych przekonaniach, którą na podstawie powyższych zdarzeń można określić jako przeciwniczkę wychowania dzieci w rodzinach i która zapewne uważa, że rodzina to środowisko z gruntu patologiczne i można z byle powodu, lub bez powodu, pozbawić dzieci rodziny. Za patologię uważa również nagradzanie dzieci za dobre wyniki i postawę. Według niej „prawem dziecka” nie jest otrzymywanie jakiejkolwiek nagrody za dobrą naukę i sprawowanie. W Berlinie pojawił się postulat, aby zaniechać oceniania dzieci przez 9 lat nauki w szkole. Dodając do tego zakaz prac domowych, dostaniemy w rezultacie pokolenie kompletnych głąbów, nieprzygotowanych do życia.
Młody adwokat Edward Stępień

Zostaw komentarz
Musisz być zalogowany aby komentować.